Przy okazji odsłonięcia pomnika F. W. hrabiego von Reden dnia 6.9.2002 w Chorzowie
Śladami zatraconej kultury
Na Śląsku, szczególnie na Górnym Śląsku od drugiej połowy XVIII wieku w czasie rządzenia Fryderyka II tzw
Wielkiego diametralnie zreformowano system zarządzania naszą krainą. Istniejące, nazwijmy w dzisiejszej nomenklaturze - „firmy”,
czy ogólnie pojęte stowarzyszenia, posiadając dalej, jak za czasów Habsburgów, swoich właścicieli „zmuszeni” zostali
nowymi dekretami do wprowadzenia najnowszej europejskiej technologii, szczególnie angielskiej, kolebki światowego wówczas postępu. Aż
do 1922 roku w części wschodniej Górnego Śląska istniejące, nazwijmy firmy miały swoich posiadaczy, właścicieli, gdzie zawsze
przechodzily w ręce ich następnych posiadaczy, najczęściej w rodzinie. W rozwijającym się kapitaliźmie z nowymi formami zarządzania,
stanowiska kierujących przechodziły w ręce odpowiedzialnych - na zarządy, przykładowo spółek akcyjnych. Dbano przy tym o dobre imię
firmy w tworzącej się konkurencji, o ich rentowne obroty finansowe, o postęp. Przekazywano tradycję następnym, mówiąc ogólniej -
wzrastała kultura pracy, kultura odgórna, zarządzających i tworząca się spontanicznie oddolna, załóg fabrycznych z ich chórami,
zespołami muzycznymi, folklorystycznymi. Załoga żyła wraz z firmą. Kultura ich, na Górnym Śląsku, to niczym pomost całej ich
gopsodarki z załogą, i z otaczającym społeczeństwem wokół zakładów. Do takich związków powiązań - firmy z załogą, jako żywe
pomosty, chce się doprowadzić i dzisiaj. Zakładowy chór 180u mężczyzn, w którym śpiewam jest dobitnym przykładem żywych kontaktów
w pracy i wychodzących kontaktów pozy mury fabryki, do rodzin, otoczenia.
Takie to założenia miał już w tamtych czasach szwajcarski pedagog, socjolog, Johann Heinrich Pestalozzi z jego
budowaniem takiego właśnie pomostu w formie heimatów w połączeniu rodziny z zakładem. Tak powstało pierwsze wogóle pojęcie „Heimatu”
ostoja spokoju, bezpieczeństwa, kultywowania rodzimej tradycji. Nazwijmy to pojęcie po naszemu, po górnośląsku - „domowizna”,
domowina. Inni nazywali to, i tak przyjęto „małymi ojczyznami” - pojęcie na wskroś liczące się dla przybyszy na dany teren,
po utraconej z własnej winy lub z przymusu - starego, rodzinnego heimatu lub obecnie lansowanej domowiny. Przybysze, głównie u nas w prężnym
rozwijającym się regionie narzucali swój styl, modę, przyzwyczajenia, ale i przywary, naleciałości u nas mniej spotykane, narzucano
nam szczególnie później, chcąc zatrzeć historyczną prawdę tej krainy. Tak z walczącej ojczyzny o wolność po 150-u latach niewoli
polskie, chciano u nas porobić „małe ojczyzny” - dalej walecze, ale w jakim celu? Heimat Pestalozziego ma całkiem inny
charakter, niż ten narzucony po 1945 na Górnym Śląsku i powoli narzucane „małe ojczyzny” na Rzeszów, Kielce, Białystok,
czy Lublin.
Nagle Michał Grażyński, katowicki wojewoda po 1926 roku wprowadza nowe zwyczaje zmieniając na gruncie już
skrystalizowanej tradycji - nowe „zwyczaje” przynosząc w teczce obcych tu dyrektorów, kierowników, nauczycieli z jego
rodzinnych stron - z Małopolski. Po fatalnych, totalitarnych władzach Hitlera i Stalina w efekcie przeflancowano tu nowych kierowników,
zarządzających, którym taki przemysł nigdy się nawet nie śnił. Tak przybyli zarządzający z Kresów Wschodnich, kiedyś polskich
wspaniałych w dziejach stron i władania aż do Podola. Nowi pierwsi sekretarze władzy ludowej sprowadzali z całej Wschodniej Polski
takich samych zarządzających, kierujących się zasadą - być dobrym ideologiem reżimu, wystarczyło na kierowanie machiną gospodarczą
- u nas się rozumie, na Górnym Śląsku. Tak jeden z ostatnich sekretarzy, E. Gierek sprowadzał następnych „avanti diletanti”
z jego stron zza Przemszy, granicy z Małopolską.
Próbowano stale przy tym „przeflancowywać nową” kulturę, przybyszy do ich nowych „małych ojczyzn”,
nas chcąc uczyć, nas zasiedziałych w naszych DOMOWINACH. Tak robi się do dzisiaj w „Wojew. Śląskim” przez rekrutujących
się zarządzających z małych ojczyzn, nie z domowin.
Przed dwoma laty wystosowałem pismo do, z małej ojczyzny rekrutującego się, prezydenta miasta, gdzie mieszka od
urodzenia czołowy rzeźbiarz górnośląski August Dyrda, celem wykorzystania jego zdolności artystycznych dla potrzeb miasta. Tak się składa,
że po 200 latach od urodzenia, tu w Paprocanach, obecnie Tychach, wielkiego rzeźbiarza Augusta Kissa (1802 - 1865), mamy teraz nowego -
Augusta Dyrdę (ur. 4.7.1926), dla którego w ostatnich 14u latach miasto nie zleciło do wykonania żadnej upamiętniającej rzeźby dla
potrzeb społeczeństwa tego młodego miasta.
Stowarzyszenie „Małej Ojczyzny”, rekrutujące się w większości, jak nazwa wskazuje - z przybyszy, - również
oni, nie czując realii i potrzeb tego terenu nie byli zainteresowani jakimś tam, stąd pochodzącego, z tyskiej domowiny - A. Dyrdą. (Dziąki
domowinie Chorzowskiej - Dyrda ożył na nowo.)
Tak zanikała w latach, upadała tradycja wielowiekowa, lansując przez małe ojczyzny jak grzyby po deszcze powstałe
izby tradycji, ale tylko od 1922 roku, ze zdjęciami bosych dzieci i bezrobotnych mężczyzn - taki był cel -poniżać starą górnośląską.kulturę.
Upadła tradycja przekazywania doświadczeń z ojca na syna, z właściciela na właściciela rodziny. Kultura przestała
stanowić pomost między fabryką a domem, społeczeństwem, mieszkańcami, i tymi z małej ojczyzny. Wzrosło u Górnoślązaków ubożenie
samopoczucia, ducha i wiary w siebie. Nie wiedząc komu już wierzyć, kogo słuchać, komu oddawać należyty honor - „zaszyli”
się w sobie, rodzinie. Cecha ta spotęgowała się w naszej tożsamości, w dobrej mierze zakorzenionej w nas, od czasów pierwszych
zakonników cystersów z XIII wieku, też przybyłych na nasz teren.
Nagle w Chorzowie pojawia się, powiedzmy naszym językiem rodzinnym - „ojciec naszych stron”, wrośnięty w
tę ziemię, choć przybysz z Saksonii ( pamiętacie - jak Polacy sobie chwalili czasy króla „Sasa” - i popuszczali pasy w ich
dobrobycie - dodam Górnośkązakom, bo czasów „Sasa” nie doświadczyli w ich krainie). Hrabia Fryderyk Wilhelm von Reden (1752
- 1815) wrósł w tę ziemie, dając prace i lepsze warunki pracy i życia na Śląsku, i tak na długie, długie lata. Nie kto inny jak
Chorzowianin Theodor Kalide (1801 - 1863), którego ojciec też Saksończyk zakotwiczył u nas, wydając tej ziemi na świat - wielkiego rzeźbiarza,
twórcę pomnika Redena, trzy metrowej wielkoście - naszego „ojca - przybranego Ślązaka”, gdy sami Prusacy się go wyrzekli.
To August Dyrda miał ten zaszczyt i po jego byłym koledze, Theodorze Kalide (1852) mógł w roku 2002, po 150u latach
odtworzyć dzieło - pomnik z wizerunkiem Redena.
Dzięki to Fryderykowi Wilhelmowi von Reden udało się dojść, z najnowszą technologią angielskę, do największego
rozkwitu na kontynencie europejskim, właśnie na Śląsku. Sląsk stał się wzorcem do naśladowania na tym to kontynencie, na którmy się
teraz znajdujemy, ale nie należymy systemowo.
Przybysze do Górnego Śląska nie doświadczyli takich wydarzeń, nic nie wiedziąc o jakimś tam REDENIE. W efekcie
pomnik jego dwukrotnie powalono, za to tylko, że widniały na nim jakieś niemieckie litery, nic im nie mówiące. Nie wiedzieli ile zawdzięcza
Chorzów i sąsiednie miasta, miasteczka temu to człowiekowi. Tak jak pozwolili ci, nie wiedzący nic o Śląsku, zdewastować dwa razy imię
Redena, czyli imię naszych pra-ojców, tak doprowadzili do ruiny w ostatnich 50-u latach cała gopsodarkę. Z braku wiedzy o tej krainie,
braku zaangażowania w ich zarządzaniu, czego nie rozumieli i nie poczuwali się do odpowiedzialności - rujnują, co przez ostatnie 200
lat w pocie czoła budowano, co krystalizowano w tradycji i kulturze - w soli tej ziemi czarnej - w samych mieszkańcach tego regionu.
Inni przybysze - w Chorzowie przy odsłonięciu pomnika dnia 6.9.2002 z nieuzasadnionym wtórowaniem złowrogiej
propagandy dla naszych domowin i małych ojczyzn śląskich - to przykład jednej z następnych, tym razem politycznych przez partię
KPN-owców, „avanti diletanti” na Śląsku. Nie doszło do oczekiwanych przez nich konfrontacji - zwyciężyła jeszcze raz śląska
tolerancja, z naszej pozostałej dobrej tradycji śląskiej. Ta pozostałość drzemie wśród mieszkańców Chorzowa czy Tarnowskich Gór,
z przeszłości, dobrej tradycji, by przeżyć i żyć w zgodzie dalej, patrzeć stale na lepsze jutro, tym razem w EU.
W obecnym Chorzowie, mieszanki mieszkańców ich domowin, heimatów i małych ojczyzn zdobyto się na kontynuację,
pochodzącego z tego terenu, dziedzictwa kulturowego. Pomnik tym samym ma wnosić wszystkim z tego miasta i z całego Śląska - spokój
ducha, miłe wspomnienia starszej generacji, wielką nadzieję dla młodych. Wchodzimy do Uni Europejskiej właśnie przy boku Redena, nas
kiedyś prowadzącego do rozwoju. Wracamy do przeszłości - z Redenowskim rozwojem w nowy, przyszły, europejski system.
Jak wielce pragniemy kultury naszych ojców, niech przy tej okazji odsłonięcia pomnika hrabiego von Reden, posłużę
się nadesłanym dnia 25.9.2002 listem od rodowitego Chorzowianina z dzielnicy Hajduki Wielkie:
List, jako, że pisany gwarą, do tego specjalnie z gramatyką na odwrót, pozwolę sobie teraz jego tematykę przedstawić:
Zatroskany jest jeden, ten Chorzowianin, nazwijmy go Panem C., losami poprzedniego pomnika. Przypadkowo, będąc w
szpitalu przed kilku laty, dowiedział się od starszego gościa -„Starzika” coś niecoś o przypadkowo widzianym zdjęciu w
literaturze o „Małej Ojczyźnie Chorzowskiej”. Na zdjęciu rozpoznał nieznajomy, wówczas mieszkaniec centrum Chorzowa, pomnik
Grafa vonRedena. Z relacji „Starzika” wynika, że pracował on w latach 50 - 60-tych w Chorzowskim jakimś zakładzie i tam w
piwnicach zakładu zetknął się z „rozwalonym” trzy metrowej wielkości postacią w brązie - F.W. von Reden, o czym wówczas
nic nie wiedział. Z jego relacji dalej wynika, że dyrektorem zakładu był przyjezdny, wiec z małej ojczyzny, w teczce dyrektor
przywieziony, który nakazał pomnik pociąć i sprzedać na złomowisku metali kolorowych.
Tu przypomina się podobna sytuacja dewastacji pomników przyjaciela Th. Kalide, samego Augusta Kissa z Paprocan. Jego
pomniki w podobny sposób rozbito i sprzedano na złom - przez ludzi z małej ojczyzny wrocławskiej, dla nich tak samo była to tylko bryła
metalu kolorowego, bez żadnego akcentu, kiedyś też przyjemnych chwil w dziejach tej domowiny. A to przecież we Wrocławiu budowniczowie
śląskiego, europejskiego rozkwitu przemysłu i kultury, symbolicznie, dzięki pomnikom Augusta Kissa przypominali o tych dobrych czasach -
ziemi wzorcowej dla innych.
Jako, że Pan C. uzyskał informacje o złomowaniu Redena od nieznajomego w szpitalu przed czterema laty, i nigdy już
nie spotkał tego już w podeszłym wieku człowieka, zachodzi pytanie czy wogóle historia z dalszymi losami powalonego w 1946 roku
pamnika, podobno w jakimś zakładzie, nie została wyssana z palca. Bo i tak należy przypuszczać. Jedynie inni naoczni świadkowie
mogliby poświadczyć o prawdzie z lat 50-tych. Konfrontacja, dochodzenie do prawdy, to jedna z cech charakterystycznych w wielkiej wolności
i demokracji. Prawda może szybko wyjść na wierzch , taka czy inna interpretacja, dzięki czemu będziemy bogatsi o losy naszej tradycji i
jej sposobie tłamszeniu. Jedno jest pewne - z taką tradycją możemy wchodzić do Uni Europejskiej. Nie będziemy się wstydzić, a nam
wtykaną „karmę prawdy” z ostatnich lat, zapomnijmy.
Wręcz odwrotnie, z podniesionym czołem powiemy skąd pochodzimy i jakie czynniki zgotowały nam nasz los, kierując nas
do tej Europy, w której już byliśmy, którą znamy od ojców i hrabiego Redena.
Tylko tak odbudujemy naszego ducha, samopoczucie i wiarę w siebie. By Górnoślązacy mieszkający w Chorzowie,
Tarnowskich Górach, Ozimku, Wesołej czy Pszczynie, Cieszynie - nabrali szacunku sami do losów, im zgotowanych, tym się szczycić, tam się
chwalić i z dumą kiedyś opowiadać swoim przyszłym wnukom. Tak doprowadzimy do wspólnych, ponownych z przeszłości ku przyszłości,
pomostów.
Uwaga.
Jeszcze do końca miesiąca czynna jest wspaniała wystawa w Muzeum Chorzowskim, ul. Powstańców 25, zatytułowana:
„Fryderyk Wilhelm von Reden i jego zasługi na Śląsku”. Na wystawie zgotowano nie lada niespodziankę - orginalną głowę w
brązie ostatnio powalonego pomnika z 1946 roku. Ślady dewastacji widoczne są na twarzy przedstawiającego F.W. von Redena. Jak tłumaczyła
przewodniczka muzeum, szczątki pomnika pochodza od anonimowego właściciela, nie podającego swojego oczywiście nazwiska. Czy to ten
dyrektor domniemanej firmy, albo wielu już może innych kolekcjonerów co śląskie. Nie wiemy.