Muzea i stowarzyszenia śląskie z letargu wzbudzić
W mojej obecnej wsi, choć 20 tysięcznej, w jej historii właściwie nic specjalnego się nie działo.
Nie mówiąc o II wojnie światowej, gdy obok Duesseldorfu bombardowali Anglicy i Amerykanie fabryki
metalowe i rafinerię, i tutaj spadło sporo bomb. W wojnie 30-letniej, raz siłą nawracano na katolicyzm, raz
Skandynawowie z Duńczykami na protestantyzm. No i przemarsz Napoleona w 1806 roku. Nic poza tym w tej to wsi Baumberg,
dzielnicy Monheim am Rhein szczególnego się nie działo. Żadnych zmian masowego przetasowywania ludności, prawie żadnych
innych „ruchów”.
Do dzisiaj pielęgnują swoją kulturę i zwyczaje w muzeach, izbach pamięci i w różnych 44
ferajnach e.V. zaangażowani są mieszkańcy tego 20 tysięcznego miasteczka! Tak tętni życie miasteczka – a
muzea i ferajny są tu tego dowodem.
Inaczej było i jest prawie do teraz jeszcze na Górnym Śląsku. Zawsze wielki ruch w wojnach,
masowych przemieszczaniach, zmianach nazw miasteczek i wiosek, nazwisk, imion, kultur, tradycji, języków, po prostu
stałe zmiany. Wojny niszczyły, ale też dawały nowe impulsy, a z domowin czy hajmatów powstawała – mała
ojczyzna – bo to pojęcie walki o nie istniejącą wielką ojczyznę trzeba było pozostawić w pamięci innym,
potomnym. Przy tej okazji niszczyli następni, co zrobili poprzedni – stara gra tu na tej geograficznie źle położonej
krainie. A może dobrze położonej, tylko ludzie zgotowali takie nam losy, może będzie teraz lepiej w tym trójkącie
geograficzno-historycznym. To tu wiele się działo, wiele niszczono, ale wiele też przy tym zdobywano, brano zawsze co
dobre, aktualne, co dawało możliwości się dalszego rozwijania, kiedyś istotnie prostego ludu, prostoty życia,
zamknięcia w sobie tego tygla gotującego się w setkach lat.
Z chaosu przechodzono w harmonię, by za chwilę nowe władze nazywały poprzednią harmnię chaosem,
teraz wprowadzając nową „harmonię” Każdy tak robił, każdy kosztem tego ludu, tradycji, kultury, ale i
dawało to też coś pozytywnego – kształtowanie się osobowości człowieka tej ziemi.
Dzisiaj budzą się z letargu – w nowych czasach, w nowej nadziei, w nowych możliwościach
przy wrotach otwierających się do EU.
Z czym do Europy, z czym – w nowych układach, z nową ludnością, nie zjednoczoną ludnością,
nie stanowiącą już dalej „soli tej ziemi” Jak kiedyś mówiono, przychodzący władcy wyssysali tu krew i
bogactwa, teraz jest to samo. Przybysze do ”małej ich ojczyzny”, nie związani z terenem, z myślami o
starych po ojcach kresach, łanach pięknych łąk, pastwisk, z kulturą mieszaną ze Wschodem, nie jak tu u nas z
Zachodem. Tu stykają się dzisiaj też koła zamachowe z różnych przeszłości a zęby na tych kołach nie harmonizują
z technicznego punktu widzenia, jedne za wielkie – niszczą innych, najczęściej tych tu zasiedziałych autochtonów,
dalej siedzących na czterech literach, bez zaangażowania, bo znowu ich będą może „bić”. Gdy czujący
się dobrze, wielu od 300 lat na tej ziemi zostali przepędzeni na Zachód, tak jak to Ukraińcy robili na tych tu
przybyłych, uciekających ze swojego m.in. na Śląsk zaraz w 1945-ym. Odeszli stąd „przegonieni”z kulturą,
tradycją od wieków, znikły nazwy miast, dzielnic - powstawały nowe o wielkiej „dziurze kulturalnej starej
tradycji” jak w „Wołkowe” – temu podobne nazwy jak w Gliwicach, dla nowych w nowej ich teraz małej
ojczyzny, tracąc ich wielką, zza Buga i Notecią. Gdy nowi w ostatnich latach potworzyli wiele swoich „wschodnich”
ferajn, najczęściej w dużych miastach, zasiedzieli autochtoni od setek lat przespali, nie dostosowując się do
nowych warunków, w których dla przykładu nowi właściciele, bez uczucia dla tej ziemi, też kapitalistycznie postępują
jak na Zachodzie, gdy ochrona pokrzywdzonych nie funkcjonuje dostatecznie. Stąd narzekania na niedoskonały jeszcze
system polityczno-gospodarczy w aspekcie socjalnym ludu pracy. Jedynie małe misteczka i wioski mogą jeszcze konkurować
z nawałnicą nowej kultury, stanowiąc jedyną ostoję śląskości w tym regionie.
Nowi i „zasiedzeni” tu pozostali, to w większości właściwie Polacy, którym oderwano
korzenie na Wschodzie, i teraz ich się tu próbuje dostosować, na obcej domowinie, w wśród innych, innymi sposobami,
jakie kiedyś tu nie obowiązywały. Mamy na myśli pełną tolerancję, tu słynną nazywaną ”śląską
tolerancją”. Bez względu na wyznanie, język, kulturę – ważne było by pracować, ale i mieć coś z życia
– jak to umożliwiali fabrykanci. Nie tak było jak opisywali, szczując w czasach socjalistycznych, winiąc
zawsze poprzednich o innej kulturze. Te obelgi pozostały wielu ludziom w umyśle, szczególnie Górnoślązakom przybyłych
tu przed 150 laty ze Wschodu Polski, kiedy była ona pod zaborami, w czasie powstań, żyjąc w nędzy. Teraz po tych
czasach stali się głównymi Górnoślązakami, ale z nutką nostalgii za poprzednimi szabelkowymi czasami wymachiwania,
kiedyś w walkach narodowo-wyzwoleńczych, dzisiaj w powietrzu, z tradycji tak po polsku, jak to na wschodnich rubieżach
czyniono. Sami jako narzędzie dalszych powstań, tym razem na Górnym Śląsku, w swej tradycji wymachiwania na rozkaz
nowych wodzów. „Narzędzia” zostały, lud na nowo jako mięso armatnie, a wodzowie i ich dzieci spakowali
manatki i nie z tobołkiem wyruszyli na tolerancyjny „Zachód” – nowe jednostki „Polonii”
w Ameryce, Anglii czy Niemczech. Czasy się zmieniły, demokracja nastąpiła, wolność też – mimo to wodzowie,
czyli rodziny po Korfantym, Grażyńskim potem Mikołajczyku, czy wielkich wieszczy wolą z dala od „wielkiej
ojczyzny”. Dają tym przykład jakie mieli zawsze swe cele – władza, władza, źródła dochodu, walka rękami
Polaków stających się Górnoślązakami. A mali dziennikarze, broniących nowych w ich nowej małej ojczyźnie stali
na straży by utrzymać co jeszcze z czasów szabelek pochodziło, wyrządzając wiele zła innym, też mających prawo
do domowiny czy hajmatu na tym tyglu trzech kultur, języków, nacji. Tak do dzisiaj ostatnich 10 lat niszczy się
jeszcze ich szabelkami by jacyś, chcący coś odtworzyć, przypomnieć, podnieść rangę regionu, stać się bliżej
Europy – zdławić. Jak okres „zimnej wojny” – tej nie pisanej III psychologicznej wojny światowej,
tak na Górnym i Dolnym Śląsku realizowano „zimną walkę szabelkową” – słowną, psychologiczną,
walkę ludzi „dołu”, nie zwracając też uwagi na ofiary ich słownego demagogicznego brutalizmu, gdy u góry
dawno kanclerze i prezydenci - na znak nowych czasów - ściskali się w objęciach.
Obecy stan ludności – tu mówi się o jednej nacji, nie reagując na mniejszości i ich prawa,
ich tradycje, ich potrzeby. Przypomnijmy, choć Polska nie chce o tym mówi, i nie stara się komitetowi Unii
Europejskiej dostarczyć jednoznacznej odpowiedzi:
W Polsce jest 38,5 mln ludności, ale są i (liczby w tysiącach:) 500 do 1000 Niemców, 200 –
300 Ukraińców, 200 –250 Białorusinów, 20 –40 Roma-Cyganów, 20 –30 Litwinów, 20 –30 Słowaków,
5 – 15, Żydów, są i Czesi, Grecy, Tatarzy, Armeńczycy, Ormianie i inni.
Nowi przychodzą do Polski, i do tygla 3-ch kultur – biznesmeni z nowym majątkiem, firmami,
czy powracający z Niemiec, Holandii czy Australii. Każdy ma mieć swoje prawa, do życia i rozwijania się w duchu
swoich przodków – takie jest założenie EU – w nowej swobodzie, demokracji, jednym prawie dla wszystkich,
bez wywyższania jednych i tym samym poniżania innych.
W kulturze – pozostali tu Górnoślązacy polscy i Polacy wywalczyli sobie już izby pamięci,
szczególnie w szkołach, domach kultury – ale tylko z lat ostatnich 80-u lat – ich sławy szabelkowego
wypracowania nowego dla nich stanu. A gdzie inni? Ta wielokulturowość szczególnie na Śląsku!
Śląsk w większości od innych regionów Europy w swej historii długofalowo reprezentował począwszy
od początku XIV wieku swoją trilateralną zasadę, trzy języki, trzy kultury bo trzy nacje – polska, czeska i
niemiecka – w tym leży siła śląskiej kultury. Z Czechami i księstwami, obecnie leżącymi na terenie Niemiec
jako oknami na świat – jakim była rdzenna Europa. Tego zazdrościli w Polsce, tego i bali się w Polsce. Dzisiaj
jedynie może prof. dr. hab. Idzi Panic z Uniwersytetu Śląskiego jedynie pogdybać na łamach „Dziennika
Zachodniego” – jakby to było fajnie mieć przymierze Polski Litwy i Niemiec, gdy Śląsk byłby w Polsce,
albo przymierze Polski Litwy i Czech, gdyby Jan Luksemburczyk najpierw zamiast Śląsk - podbił Mało- i Wielkopolskę
– z jego koroną polską. Gdybanie jak by to było, jakie mocarstwo, jaka przybyłaby kultura z Zachodu. Niestety
łączenie się Polski zawsze ze Wschodem, nie równało się z trędami środkowej Europy. A to właśnie reprezentował
Śląsk w jego trilateralnej zasadzie – niestety nie z Polską. To jest tą kością niezgody, i do tej pory nie
dopuszcza się do myśli, że śląska kraina z czeską kulturą i zachodnimi wieloma sąsiadami niemieckojęzycznymi
– stanowiła potęgę, czego profesor nie podkreślił. A oś Wrocław-Praga czyli Breslau-Prag była najprężniejszą
osią kultury w Europie. A potem Opole-Harz-G.-Katowice-Berlin-Dortmund – najpotężniejszą krainą przemysłową,
o dogodniejszych od innych warunków socjalnych – w czasach pruskich. Do tego dochodzą w wiekach wpływy duchowieństwa
Krakowa i Wrocławie (Breslau) na Śląsk – nowa potęga wiary w hajmatach, domowinach! Gdzie dzisiaj znajdziemy
oddźwięk tych kultur, tradycji, zwyczajów branych z trzech stron – w tolerancji i pokoju, najmniej agresywnego
regionu śląskiego w Europie. Jak tu coś tworzyć z muzealnymi objektami świetności i dumy europejskiej, silniejszej
od polskiej, i bardziej nieskazitelnej do tego. Gdy Czechy i Rosja i Niemcy były stałymi wrogami Polski, takim wydaje
się im też Śląsk. A ostatnich lat stosunek Polski do tej krainy, potwierdza tę tezę. I tu jeszcze tworzyć muzea
potwierdzające potęgę śląską w układzie z Czechami i niemieckojęzycznymi krainami? Śląskie kościoły to już
w sobie wielkie muzea sakralne trójprzymierza śląskiego, objekty z czasów wielu narodów, w większości z Zachodu!
Nie bójmy się tego faktu, wy duchowni, z Zachodu poczęci – w IX do XIV wieku, gruntowani do XIX a następnie
jako główny czynnik polonizowania Śląska - z uwagi na napływy polskich robotników tu do pracy.
Jak tu działać, jak dalej postępować, jak się angażować, jak stać dumnie w przekonaniu swoich
ojców, mieć swoje korzenie – mieć swą identyfikację wynikającą z lat – tego oczekuje Europa. Takie
pytania zadawać będą goście, turyści – chcący widzieć, kiedyś świetność tej krainy, jak to są do tego
przazwyczajeni, jak było to kiedyś, nie tylko od 1922.
Jakie izby mają być tworzone, pamięci z obozu zagłady i 1922 – czyli grozy i szabelkowych
potyczek, ofiar śląskiego narzędzia, dziś jadących potomków ich wodzów na odsłanianie następnych pomników ich
ojców i spowrotem do nowej małej ich ojczyzny dobrobytu, do Ameryki, Anglii.
Pojedynczo – to syzyfowe prace, i urzędowo - mało zaangażowanych urzędników z małych
ojczyzn także, ale tworzonych się stowarzyszeń miłośników kultury, tradycji śląskiej, historii w objektywnych
spojrzeniach, nie czekając na następne 50 lat – co potem powiedzą postronni, my teraz wykuwamy innym naszą
podszarpniętą identyfikację. Jeszcze pięć lat temu zaproponowałem na łamach mojej publikacji powołanie
stowarzyszenia: „Śląska Kultura i Sztuka w Dziejach Europy” – w czasie dwóch lat zgłosilo się: -
jeden kandydat chętny, pan G. z Rudy Śląskiej. Tak się aktywizują nasi ludzie. Może dzisiaj, znów w innych
czasach, bądzie inaczej. Ale moja inna propozycja w 2002 roku w internetowej publikacji „Hl Michael”
– by odkryty podupadający pomnik św. Michała Archanioła w Poczdamie – ratować z propozycją
przeniesienia go na Śląsk - gdy do tej pory jest w zapomnieniu – śląskiego rzeźbiarza Augusta Kissa z
Paprocan – ziemi pszczyńskiej.
Jak tu tworzyć izby pamięcim, muzea – gdy z harmonii robiono chaosy, niszcząc zawsze dowody
materialne w pożarach, burzeniach, wyrabiania piętna na sercu i na duszy skazy.
Górnośląskie eksponaty historii tego terenu – poniewierają się po innych muzeach we Wrocławiu,
Warszawie i innych miastach, nie w zarodku. Nie przypominać nagminnie, tak jak po 1945 uczono się niemieckiego w całej
Polsce tylko nie w śląskich szkołach.
Szukajcie swych reliktów, pamiątek, dowodów tradycji wszędzie, w mieszkaniach pierwszych
przychodzących do „ich małej ojczyzny”, w mieszkaniach władz byłych komunistycznych, mających możliwość
rekwirowania co nie zgodne z duchem nowej komunistycznej tradycji, - meble, instrumenty, obrazy, rzeźby, książki,
stroje. Szukajcie w innych muzeach, co śląskie, i ma być na Śląsku. Kościół, ich kapłani z lat 50 - 60 tych na
ziemiach wyobcowanych, zbierali świętych obrazy, figury, przedmioty kultury, książki, gazety – wszystko co
stanowiło wartość, o czym oni dobrze wiedzieli – przechowywali, najczęściej w swoich mieszkaniach – do
dzisiaj!
Jako dziecko pamiętam wiszący obraz wycieczki śląskiej do Ziemi Świętej w latach 1910 –
1915, gdzie również babcia Valeria S. uczestniczyła. Ojciec z bojaźni trzymał go na strychu, ale po remontach
budowlanych budynku, jakiejś socjalistycznej firmy – znikł na zawsze – ukradziony. Gdzie go szukać, cząstkę
identyfikacji? Patrzcie co wyrzucają w towarze na pchlich targach, najczęściej po zgonie zagubionego Ślązaka -
natrafisz na cenne małe dowody naszej kultury, teraz tu poniwierane i za bezcen przez ich dzieci, już
niezainteresowanych śląskością, sprzedają za grosze swoją identyfikację! Tak robi dobrobyt, i nie przyznawanie się
do korzeni, nie tylko w Niemczech W Polsce – każdy pochodził z Lwowa, nie ze wsi – też tak robią w
dobrobycie tzn. zapominają, wykoślawiają, są często złym przykładem, wręcz robiąc złą robotę swoim przodkom,
domowinom.
Wiele moich „skarbów” przeszłości – pochodzi z „Flohmarktu” –
pchligo targowiska – nawet wczorej przywiozłem ze Strasbourgu gipsową statuetkę – „dziewczyny na
lwie” – przypomniającą do złudzenia dzieło Theodora Kalide, synka z Chorzowa (Koenigshuette), profesora
na Zachodzie.
W kolejce czeka mój artykuł na temat Uniwersytetu Breslau – we Wrocławiu – wraz z
moimi znaleziskami na takich tarowiskach. Tak czekają moje następne publikacje, koszetm aktualnych spraw śląskich
tej chwili, chwili, której nie można znów przegapić. Czeka wiele wiele przed nami, jak i przede mną. Nie mając
wiele czasu na pokusy tego dobrobytowego świata – i po co to robimy, by siebie wzbogacić, wzmocnić identyfikację,
skąd korzenie. Biedny ten będzie w Europie, który nic nie będzie wiedział o swoich przodkach i w koło Macieja jako
ofiara ostatniej wojny, przypomninać będzie o jednej jego identyfikacji – ofierze hitleryzmu – bo takie
wcielili komuniści nam w głowie nienawistne przesłanki do sąsiada, tak odizolowali wszystkich od innych, od Europy,
od nas samych, nas Europejczyków. Jak było przyjemnie, gdy 4.05.2003 nasz prezydent chóru Bayer Leverkusen
Maennerchor, Prof. Dr. Volker K. Pilz w Strasbourgu przed publiką koncertową w kościele św. Thomasa – piękną
francuzczyzną referował założenia naszego koncertu z muzyką Schuberta, Bruknera, Mendelssohna-B. Webera i
Bortnianskiego – na ziemi, jak śląskiej przemiszczanej w historii „wiecznych wrogów” – jego
– kiedyś chłopaka z tych ziem. Od dziecka w dwóch językach wychowany, jak i na Śląsku miało to kiedyś
miejsce. Ale niechby jakiś górnośląski uczony, przy takiej okazji piękną niemczyzną pozdrowił publikę –
zaraz byłby w wielkim podejrzeniu ludzi z małej ojczyzny. Tu kojarzy się zaraz taki język z hitleryzmem, a człowieka
w ten sposób osądza się jako przeciwnika polskości na Śląsku.
Grupujcie się w gronach miłośników przykładowo parków, starówek, zamków, zabytków, gór,
rzek, czy drzew itp.- jak to czyni Europa Nostra w Den Haag (Hadze). W ich udziale można nawet przystąpić do współzawodnictwa,
kto lepiej opiekuje się i pielęgnuja nas otaczające dobra, wygrywając przy tym plakietę Europa Nostra. Próbując
takiego współzawodnictwa dla nagrodzenia bardzo dobrze prowadzonych drewnianych kościółków w Oleśnie i Bieruniu,
niestety, sekretarz kurii pożyczył mi tylko „Bożej pomocy”. Nie mając dostatecznych dowodów na
pokazanie stopnia zaangażowania wiernych, objekty te nie trafiły do odznaczenia tej organizacji, a szkoda, i mojego
straconego czasu, pracy 3 miesięcy w tym temacie również. Potraktowano mnie jako obcego, chcącego coś zrobić dla
400-letnich kościółków, bez udziału odpowiedzialnych. Tu na Śląsku należy po prostu samemu się organizować,
przyjąć nowe formy samoobrony, samopomocy, dla samowystarczenia. System kapitalistyczny będzie tu jeszcze długo
raczkował wśród ludzi okresu przejściowego, dlatego w jego niedoskonałości należy się samoorganizować!
Organizujcie się w ferajny typu e.V., wystarczy już 7 członków z wybranym zarządem, statut stowarzyszenia i
zatwierdzenie w sądzie, jako jednostki o własnym rozrachunkiem, celami i zadaniami grupy. Szukajcie sponzorów,
przeznaczający wam sumy fundatorskie, które oni sami mogą je odzyskać od swoich podatków. Więc pieniądz zostaje z
pobliskich fabryk, instytucji na miejscu, w domowinie! Co może centrali się nie podobać, ale tylko tym sposobem, składkami
i samozaangażowaniem się dojdziecie do wzbogacenia regionu, do przybliżenia się europejskiej kulturze.
„Przebudź się, serce moje i pomyśl” - „Wach auf, mein Herz und denke”
słowa Andreasa Gryphiusa na Śląsku - w czasie kataklizmu dla Śląska i całej Europy - wojny
30-letniej. A jak tętni wasze życie, waszej domowiny, waszego hajmatu, waszej małej ojczyzny?