Odkrycie Augusta Dyrdy dla przyszłej Europy
„Im Wandeln der Zeit“ stało się modnym powiedzeniem współczesnych czasów –
„przeobrażenia tego czasu”. Augusta Dyrdę, artystę rzeźbiarza, urodzonego w 1926 roku w Wyrach, z Ziemi
Pszczyńskiej, odkrywa się na nowo, u schyłku jego życia artystycznego.
Intersujące to na nasze czasy, jak nigdy, jak w kieracie z przygniatającym Dyrdę ciężkim kołem
zamachowymym, machiny obecnie „grających pierwsze skrzypce” nie pozwoliły mu na nowe się pokazanie. Z
jego wszechstronnym talentem w jego technice rzeźbienia, nie tylko pokazywania namiastki, bryły marmurowej, czy w brązie,
z małą ilością szczegółów, bo takie było życzenie ideologów panujących, i profesorów prowadzących czasów i
socrealizmu.
Reprezentowano w ten to sposób realizm środowiska o szczególnym rodzaju. Realizm związany z
rezygnacją siły ekspresji i formy, uwypuklając narzucaną harmonię i spokój, tego potrzebowali nowi rządzący ze
Wschodu. Realne kształty w tych rzeźbach stały się mocno uproszczone, najlepiej nadające się do form rzeźb
monumentalnych. Nie roztrząsano analityczego sensu otoczenia – w syntezie, wygładzonego kamienia, „wygląda
z daleka wszystko piękniej i spokojniej” – uśpienie widza w parku przy rzeźbie plenerowej. Takie stawiano
zadania w socrealiźmie! A poparcie miano również w prostych rzeźbach mitologicznych czasów starożytnych. Tak
zrodziła się charakterystyczna rzeźba śląska – plenerowa, widziana często w górnośląskich parkach. Stąd
harmonijne tańce par w strojach śląskich, czy w tiulu łagodnie obracająca się kobieta, albo obłapiająca się bryła,
o przepraszam para zakochanych – syntetycznie, bo bez szczegółów. Tak rzeźbiarze śląscy wykorzystywali chyba
tylko 50 procent swoich uzdolnień i talentu – patrząc na katalogi ich prac plenerowych z lat 60 i 70-ych.
Pokazuje się w ten sposób wielu artystów realizujących ideologię panujących, w czasach
stagnacji politycznej, prowadzącej do wielkich niepokojów z lat 80-tych , dzięki czemu – dzisiejsze realia z
EU.
Wielu artystów na Górnym Śląsku ponosi się niestety i dzisiaj wodzy współczesności,
wykorzystując dzisiejszą możliwość współczesnych przeobrażeń techniki, typu komputerów, kopiarek – w ślepym
kserowaniu, niszcząc w ten sposób, znowu po socrealiźmie, nie odkryte jeszcze do końca talenty. To następne czyhające
dla nich niebezpieczeństwa – widoczne nad Renem i rzeką Ruhr w czasie wystaw osiągnięć młodych grafików
„Katowickiego” w roku 2002. Mania monumentalnego teraz kserowania, cieniowania komputerowego, po przyciśnięciu
jednego guzika komputera, lub przechodzenie w skrajności – ze stałą falą ich protestów przeciw wszystkim i
wszystkiemu stała się już nudnawa w kręgach fanów artyzmu.
Tak czynili również w dawniejszych czasach inni artyści, innych oczywiście władz, lecz nie
narzucając przy tym negowania kultury przodków, a raczej dalej ją upiększali i doskonalili.
Zmarnowane talenty, w związku z przeobrażeniem się świata, w ich bojaźni przed konkurencyjną
fotografią, odbierając im wiarę w siebie, w konkurencji z techniczną rzeczywistością.
Drzemią ukryte talenty
w ślepym korzystaniu i z techniki, czy złej polityki władz.
Tak samo było u Dyrdy, „muszący” rzeźbić jak przykazał system polityczny, w którym
żył rzeźbiarz. Oczywiście jego profesor Xawery Dunikowski realizował swój nurt wśród swoich studentów, modny na
tamte czasy, by w prostej linii, w prostej bryle przedstawić to, co sobie artysta „życzył”. Pomnik na Górze
św. Anny przy Leśnicy jest i tego dowodem – z Dunikowskiego realizacjami socrealizmu tamtych czasów, a przy tej
okazji, wytykając Prusakom. Wychwalając górnika przy tym, jako awangardę polityków tamtych czasów, czy samych i
tych polityków w rzeźbie, wodzów tamtych czasów, zarazem dyletantów artyzmu, chcących w krótkim czasie stworzyć
nową kulturę i tradycję dla mas pracujących szczególnie robotników. Tani chleb jako ich karma i pożywka „okrągłych”
figur parkowych dla uśpienia, by przypadkowo nie rebeliowali! To typowy:
Socrealizm na uspokojenie!
Ale czy, pierwszy pruski władca na Śląsku - „Stary Frytz”, czyli Friedrich II. Wielki,
ten bardzo ceniony w Europie, nie tylko jako wódz, ale też wielki mecenas sztuki, francuzkiej szczególnie, nie
sprowadził po raz pierwszy ziemniaki tu do tej krainy, by nakarmić głodnych Górnoślązaków, by nie rebeliowali a
pracowali, pracowali, w uśpieniu walczyli i pracowali na innych.
Wracając do Augusta Dyrdy należy przyznać, że pracował całe życie w swoim heimacie i dla niego
pokazywał jak widział ten świat, co sobie wyobrażał na jego ziemi w kontekście jego zleceniodawców, jakimi byli
socjalistyczni władcy prawie z jedynym źródłem pieniądza dla tego typu artystów.
Ze słynniejszych jego popiersi wykonał m.in. Ziętka, Kościuszkę, Rokossowskiego, czy Dzierżyńskiego.
Tych dwóch ostatnich: z Legnicy i Dąbrowy Górniczej usunięto. W Sejmiku Katowicki do dzisiaj za to lśnią, przez
niego odtworzone głowy K.Miarki, Lechonia Lompy i Stelmacha. Do monumentalnych pomników zalicza E.Orzeszkową, A.Bożka,
Powstańców Śląskich, Dyskobola, Bohaterów Czerwonego Sztandaru (przemianowanego przez młodych miejscowych na
Handrixa), Koniewa czy Stalina. Tych dwóch ostatnich również zniesiono.
Do monumentalnych zaliczał też istniejące w parkach śląskich: Tańczące Pary, Eurydyki, Górników
i wiele innych parkowy, kameralnych jak i wiele sakralnych, jak dla przykładu Jana Bosko z młodzieńcami. Z
okazalszych monumentalnych to z socrealizmu zwany przez władze Pomnik „Czynu i Pracy”, w rzeczywistości
rzeźbiarz miał zamiar nazwać „Pomnik Pojednania i współpracy” – rozumie się mieszkańców tej
ziemi (z ich domowin), z przybyszami na Górny Śląsk (w ich nowych, małych ojczyznach) Pospolicie dla młodych
przyjmuje 23 metrowy pomnik nazwę „żyrafy”, bo taki właściwie ma podobny kształt.
Właściwie jako rzeźbiarz-artysta sprzedawał swoje dzieła stosunkowo tanio, nie tak jak jego
koledzy na Zachodzie. Dysponując warsztatem ze znajomością prac rzemieślniczych, po prostu nie uwzględniał kosztów,
tych ślusarsko-stolarskich, organizacyjno-przygotowawczych prac, drobnych materiałów do tych celów, bo je miał pod
ręką i wykonuje te czynności dalej sam! Tak przykładowo, koszt trzymetrowego modelu w glinie i w gipsie, czyli
jeszcze wcześniej, bardzo czasochłonnego, jednometrowego modelu w glinie i gipsie dla pomnika F.W. von Reden robił
przez 18 miesięcy. Potrącił sobie tylko tyle, ile inny autor, rzeźbiarz, nie ze Śląska, otrzymał za wykonanie 200
medalionów o średnicy 12 cm w brązie.
76-cio letni Dyrda wybucha
obecnie talentem w drugą jego młodość, w czasach wielkich przemian nie dzięki władz z jego
Tyskiego heimatu, jak Stowarzyszenia Miłośników Ziemi w domowinie Chorzowskiej im J. Ligonia. To inni ludzie, miłośnicy
swojej rodzinnej ziemi, w zamiłowaniu do ich tradycji, zlecili Dyrdzie, znając jego możliwości artystyczne,
wykonanie modelu pomnikowego wielkiego Górnoślązaka, Fryderyka Wilhelma hrabiego von Reden, pochodzącego z Saksonii,
sławiącego w XIX wieku jego nową, przybraną małą ojczyzną, którym stał się Śląsk.
Młody Dyrda, którego matka posyła do szkoły ślusarskiej w Mikołowie, by zdobyć szybko
konkretny zawód, z planami u jeszcze młokosa, zostać kiedyś inżynierem budowy okrętów. Już wtedy mikołowski
jego majster zauważając u niego talent nie tylko artystyczny, nasuwa mu myśli kontynuowania swoich przyszłych celów
jako samodzielny na siebie pracujący. Tak później dostał się na akademię, do Xawerego Dunikowskiego w Krakowie, by
w latach następnych jego twórczości, w wielkiej walce w świecie dużej ilości artystów, w konkurencji wygrywać
przetargi rzucane w tamtych czasach jak ochłapy przez dyletanów rządzących, robiących ludzi w „balona”
w czasów komunistycznych.
Stąd też rzeźbił, co mu narzucali ideolodzy w ich zamówieniach, więc: górnika, czy aktualnych
„czerwonych” wodzów. Każdy artysta tamtych czasów wykonywał zlecenia jak mu kazano, uniemożliwiając
rozpościerać swoje skrzydła artystyczne w takim kierunku, jakim by chciał pokazać swoje zdolności, odsłonić myśli,
czy swą przyszłość. Tak żyło wielu artystów, żeby połączyć koniec z końcem, żeby przeżyć, gdzie nie było
czasu i możliwości na rozciągnięcie tych skrzydeł.
Inaczej zachowywał się w Düsseldorfie współczesny artysta, profesor wielkiej sławy Joseph Beuys
mogący rozszerzać swoje skrzydła, dyktując w końcu w wielkiej frustracji „dzieła” wyśmiewując, jak
by się wydawało, tym samym tych, którzy za byle co dużo płacą.
Gdzie te piękne czasy Chełmońskiego, Matejki, Rembranta, E. Burnarda. Tiziana, Michelangelo,
Vincenta van Gogh i wielu, wielu innych ukazujący swoją istotę, inną od innych.
Bo już Picasso z jego wielką glorią, w jego dziełach, ale jego styl kontynuowano stosunkowo krótko.
Widząc głównie w Picasso nowoczesny artyzm, rozkwitł handel z brzęczącą monetą z nie wiedzącymi co z nią począć,
lub lokować snobistycznie sztucznie pieniądz w obrazie, kiedyś podpisanym nazwiskiem Picasso.
Picasso nie był szarlatanem, ale wykorzystał jednak wszystkich, do dziś robiących na nim dalej
pieniądze. Artysta tuzinkowo tworzący, gdy wielu robi to samo, powinnien oczywiście zmienić swój styl. Artyzm to
nie taśma montażowa w produkcji masowego sprzętu. Swój artyzm, czyli też indywidualizm pokazywać należy w inny
sposób, odmienny od innych. Wtedy będziesz cenionym, jednorazowym artystą, a nie jakgdyby przegranym w swoim boju, próbując
jeszcze na wymuszonych organizowanych wystawach grać dumnie tryumfalnego marsza.
Tak wielu artystów przeszło do historii, gdy byli sobą, nie powtarzalni nie tuzinkowi, którzy w
mrówczej pracy nad sobą, dla innych oddali wszystko, by stać się jednym z tych, którego dzieła przynoszą chwałę
u wszystkich. I często nie idzie to w parze z wielkimi sukcesami materialnymi, patrząc na obecnych górnośląskich
artystów.
Nowatorski, artystyczny sposób widzenia świata przez artystę, tą szkołą winni przenikać
wszyscy widzowie, jak to pokazał Jan Peter Tripp w swoim obrazie „Die Schule des Sehens”. Każdy ma mieć
swój sposób widzenia. Współczesny J.P.Tripp wykorzystał obraz Jana Vermeer z XVII wieku pokazującego malarza malującego
dziewczynę z książką na tle starej mapy. Tripp pokazał coś innego. Mianowicie: tego samego malarzy ale malującego
na innym tle, bez mapy, z kobietę na leżance, leżącą w negliżu na brzuchu. Na tle pierwszym dorysował dodatkowo
inną malarke, tamtych czasów przed stalugą, mającą też za model tę w negliżu kobietę. Ale o dziwo, jej obraz na
jej staludze przedstawia tylko tego malarza, siedzącgo przed nią w polu widzenia modelu. Malarka widziała po prostu
wg niej, tylko jako jej obiekt – tego właśnie malarza. Modelu właściwego wogóle nie miała na cel malować
– to był jej sposób widzenia, jej szkoła widzenia - dowolna!
Spojrzenie analityczne, ale na swój sposób, czy to nie subiektywne? Nie, to własne spojrzenia na
świat, jak się chce, własna identyfikacja objektu, by dalej przekazać widzowi. Tego brakowało artystom socrealizmu
– przytknięto im już na uczelniach klapy na oczy! – Czy Dyrda był taki do końca?
Z drugiej strony, dlaczego genialny Marc Chagall malował w stylu współczesnym, „w jego stylu”
charakterystycznym, - ponieważ był w Paryżu w jego nowej, małej ojczyźnie, gdzie „walczył” z sobą.
Jego styl to jego walka z samym sobą, z dala od domowiny dziecięcej Rosji, której obraz nie potrafił już odtowrzyć.
W przeciwieństwie,
malarz środowiskowy,
Paweł Steller stale przebywający w swojej domowinie śląskiej, stał się dzięki temu naszym
„śląskim Dürerem” w drzeworytach o tematyce głównie świata śląskiego z lat 30-tych do 60-tych XX
wieku. Steller stał się swoisty, na wskroś związany z jego domowiną, z światem jego ojców, stając się w ten
sposób najlepszym, niepowtarzalnym choć przez swoich za bardzo nie gloryfikowany, jak na jego wielki talent Górnoślązaka.
Na Śląsku mieszka wielu artystów nie z domowin Śląska, czyli teraz w ich małej ojczyznie, którą
nie przedstawiają tak uczuciowo jak dla rodowitego Ślązaka, a nawet wogóle to najczęściej go nie przedstawiają,
stając się artystą „nie z tej ziemi” czyli jak Chagall szukają innych dróg, ale oni najczęściej ich
nie znajdowali. W tym pogrzebana jest tragedia wielu artystów, chcą robić kasę na swoich dziełach, nie robiąc nic
dla ziemi na której żyją. Jest to smutne.
Śląsk z Polską w przyszłej EU napotka w przyszłości na przypływ wielu gości, Europejczyków
czujących się i tu, u nas jak u siebie w domu, bo w Europie. Wyjeżdżając z tego regionu, będą sobie chcieli kupić
pamiętkę z tego regionu śląskiego, typowego jednorazowego w świecie. Nie będą chcieli abstrakcji typu Picasso, a
raczej coś co będzie przypominać przeżyty w tym rejonie pobyt. Tak robią Hiszpanie w Costa Brava lub na Majorce,
czy Włosi przy Lago Maggiore, albo Francuzi na Lazurowym Wybrzeżu, i New York u siebie, – sprzedają swoje
widoki, swoje sedno ich ziemi, ją wysławiając. Patriotyzm lokalny winnien szczególnie zostać uwypuklony wśród
artystów, popierając region w ten sposób, w którym żyją. Tak tworzyło wielu wielkich artystów jak i Van Gogh w
jego ciężkich czasach w jego heimacie, czy P.Steller, albo obecni I.Botor, Z.Brachmański i wiele innych w ich
domowinach.
Dyrda, już nie młody, ale w sile witalnej artystycznej, jak ostatnio rok 2002 pokazał, nie ma
poparcia wśród władz jego domowiny Tyskiej. Władze tego miasta, raczej uczuciem więcej po rodzicach na Kresach
Wschodnich w myślach, niż w ich wybranej małej ojczyźnie – nie znają dostatecznie potrzeb tej ziemi, ich
tradycji. Nie wiedzą, że równe 200 lat temu tu urodził się wielki rzeźbiarz August Kiss (1802 – 1865), do
dzisiaj rozsławiający tę krainę w Europie, bo w Berlinie. I, że teraz na miarę Kissa mamy Augusta Dyrdę, z którego
władze nie chcą zrobić właściwego pożytku. Moje pisma ugrzęzły w stercie niewykonanych, prosząc o wykorzystanie
Dyrdy do dalszego upiększenia jego dziełami miasta, w którym mieszka. Bo też na pęczki nie rodzą się tu takiej
klasy artyści – co dwa stulecia trzeba na nich czekać. O zgrozo wołającej o pomstę, jak władze nie reagują
na takie zdarzenia.
Kiss i Dyrda
mimo, że oddaleni są w czasie o 125 lat, mieli wspólne natchnienia artystyczne – z
klasycyzmu greckiego. Dyrda przypomnijmy wychowany w socrealiźmie – wykonywał prace w dużym uproszczeniu, jak
uczył go wielki profesor ASP w Krakowie. Kiss ze swoim profesorem Christian Daniel Rauch – reprezenzowali
neoklasycyzm, wracali do starożytności, często w styku z bezpośrednimi objektami przywiezionymi do Paryża, Berlina.
Tak zrodziła się Kissowa „Amazonka” w Berlinie w 1839, do dzisiaj stojąca przed Muzeum Starożytnym w
Berlinie. W jakiej wielkiej szczegółowości – popatrzcie na przestraszoną Amazonkę, i na jeszcze bardziej
przerażonego konia, w walce o przetrwanie z panterą. Jak analitycznie, nie ogólnie, syntetycznie, przeciwnie do założeń
socrealizmu. A Dyrda, teraz w tych samych Paprocanach, dzielnicy Tychów, gdzie dzieciństwo spędził wielki August
KISS, w swoim atelier, we wspomnieniach ze swoimi porozrzucanymi zdjęciami i modelami socrealistycznych zaokrąglonych
figur, w harmonii i spokoju, mu się udzielającego.
Nagle przewrót – otrzymuje wiekie zlecenie, zadanie życia – wykonanie modelu Fryderyka
Wilhelma Grafa von Reden, w 1852 roku wykonanego po raz pierwszy przez wiekiegi rzeźbiarza rodem z Chorzowa –
Theodora Kalide. Z socrealizmu jak butami w ciasto do neoklasycyzmu XVIII-XIX wieku. Jak szczegółowo musi Dyrda
przedstawić postać najsłynniejszego, przybranego Ślązaka, nie mając tym bardziej szczegółowej dokumentacji
pierwotnej, tylko kopie z kopii, w złej perspektywie – bo zdjęcia robione z dołu 7-mio metrowego objektu. Jak
analitycznie musiał się napracować 75-cio letni artysta Paprocański w 2001 roku, ile „drzemało pieśni w tych
rzeczach” jak to określał Joseph von Eichendorff w jego wierszu, tego to wieszcza górnośląskiego, który to w
naszej domowinie pszczyńskiej chciał kiedyś pracować po wojnach z okupantem Napoleońskim - wodza na całej Europie,
ale i największego mecenasa neoklasycyzmu w Paryżu. Jakie zbiegi okoliczności!
Przemógł się August DYRDA, wyeksplodował z socrealizmu w neoklasycyzm, drzemiących wspólnych
cech starożytnego klasycyzmu – również przez prof. Dunikowskiego, jemu wpajanych w Krakowie roku 1952, na sto
lat po Th. Kalidzie dzieła wykonanego w modelu i odlanego w Berlinie!
Po odlewie Dyrdowgo modelu w sierpniu 2002 roku, w Poznaniu, decydujący moment odsłonięcia pomnika
- 6. września, w tym samym mieście, w Chorzowie, gdzie sam król pruski Friedrich Wilhelm IV. po raz już czwarty
pojawie się na Górnym Śląsku. W tym, już dwa razy gościł ten to król na ziemi Kissa i Dyrdy i naszej – na
ziemi pszczyńskiej. Król mecenas sztuki, znawca i propagator neoklasycyzmu, popierał wspaniałą kuźnię największych
rzeźbiarzy tamtych czasów: prof. Theodora Kalide, prof. Augusta Kissa i ich kiedyś berlińskich profesorów: J.G.
Schadow, Ch.D. Rauch, Ch.F. Tieck. W tej to czołówce znalazł sie z modelem wykonanym po raz trzeci – nasz górnośląski
wielki, bo już go trzeba tutaj tak nazwać – August DYRDA. Doszlusował do wielkiej piątki, światowej sławy,
nasz z Paprocan, jak kiedyś z Paprocan wypłynął August Kiss. Dumni winniśmy być wszyscy, nie tylko z domowiny
pszczyńskiej, ale i heimatu plesskiego i małej ojczyzny wszyskich przyjezdnych, znajdujących tu schronienie, pracę,
dom, i to szczęście – móc tu żyć, przeżywać nasze wspólne losy doli i niedoli na tej ziemi.
A sam Dyrda, dzisiaj, do tej pory bez żadnej swojej zorganizowanej wystawy, bez swojego własnego
katalogu prac, bez rozgłosu, (www.slonsk.com -
to jego największa publikacja), jak typowy Górnoślązak, pracuje, pracuje (obecnie często nie w temacie – bo
bez zleceń), nie myśląc o rozgłosie, tworzy w domowinie, albo heimacie – jak kto woli jego „łojcowiznę
śląską” nazywać. Nawet żonie jego, Mirze Dyrda nie przyszło na myśl zrobić jakiejś broszurki ze zdjęć,
które ona sama, kiedyś wykonywała dla męża, rzeźbiarza, w jej 50-ci letniej pracy, kiedyś jedynego fotografa
zawodowego w Tychach. Artyści nawet w rodzinie byli - sami, przez udzielające się ich nie docenienie.
Jedynie publikacja: „Reminiscencje śląskie” w rozdziale 12 pt.: „Spadkobierca
Augusta Kissa – August Dyrda” podaje Dyrdę, jako artystę w literaturze dostępnej, z aktualnie wówczas
już w przeobrażeniach z grupowym pomnikiem monumentalnym, Janem Bosco dla oświęcimskich Salezjanów.
Dyrda, rzeźbiarz uzdolniony, z własnymi syntetyczno-analitycznymi spostrzeżeniami na otaczający
go bliski świat, jednocześnie bez wystaw, bez własnej literatury, zaradny, a zarazem tani, jednym słowem Górnoślązak
z wielkim dorobkiem charakterystycznej rzeźby śląskiej na tym terenie, który roboty w jego fachu nigdy się nie bał,
jak nie ukrywał swoich europejskich tożsamości z dziejowego, wspaniałego miejsca jego urodzenia, życia i twórczości.
W 1996, na 70-tą rocznicę urodzin, otrzymuje Dyrda z warszawskiego Ministerstwa Kultuy i Sztuki
pochwałę,
najwyższe uznanie
w osiągnięciach w rzeźbach szczególnie monumentalnych i portretowych. Miejscowym nie przyszło to
na myśl, nie interesują się jakimś tam miejscowym Augustem Dyrdą. Chociaż miejscowe gazety: Echo, Tydzień w
Tychach, czy Dziennik Zachodni - Tyski monitowały o jego pracy twórczej, dla władz miejskich odbijało się to jednak
bez echa.
Tak też zmarnowało się wielu artystów na tej ziemi, gdzie praca górnika była wszystkim w oczach
rządzących, czy instytucji do tego uprzywilijowanych i zobowiązanych, co i jeszcze dzisiaj na przykładzie Dyrdy
funkjonuje.Widzimy ich wręcz prawie negatywny stosunek do jego osoby. A może, jako że podaje się za Górnoślązaka
o opcji polskiej i niemieckiej zarazem, bo takie zgotował mu los jego ziemia. Podając oficjalnie i tę drugą
identyfikację, miał już kiedyś kłopoty w szkołach bieleskich, gdzie się młody August uczył.
I kto zrozumie z przybyłych w ich tu małej ojczyźnie, tę kalejdoskopowość tej ziemi, tego
„gorącego tygla narożnikowego” wielu kultur – powiedzenie księdza dr Emila Szramka, męczennika
umierającego w 1942 roku w obozie zagłady, gdy z jego tyskiej parafii – młody August, bez winy i politycznych
zaangażowań wciągnięty zostaje do szeregów kieratu walczących po drugiej stronie barykady błogosławionego księdza
dr E. Szramka.
W tej tu krainie śląskiej mówiąc o kulturze, trzeba przyjść z pomocą z historią, i odwrotnie,
albo mówiąc o przemyśle, należy podać podłoża historyczno-polityczne i kulturalne tego „tygla narożnikowego”
różnonarodowości europejskiej. Tak europejskiej, wielokulturowości, nacji i języków, takiej oczekuje nas Europa, z
takimi wspomnieniami winniśmy się i poprzez Dyrdę chwalić! Bo od 125 lat po Kissie mamy największego, obecnie żyjącego
artystę na ziemi pszczyńskiej – to musimy przełknąć i z tym się pogodzić, i to wychwalać – bogactwo
ludzkiego kapitału tej ziemi górnośląskiej.
Należy więc odkrywać również swoich, u siebie, którzy swoją domowinę popierają, i tym ją
upiększają. W przyszłej nowej Europie, będą jak znalezieni, pokazujący piękno tej ziemi, a zatem, tym samym
przyczyniających się do jej rozkwitu.
|
Schläft ein Lied in allen Dingen,
die da träumen fort und fort,
und die Welt hebt an zu singen,
triffst du nur das Zauberwort.
Joseph von Eichendorff |
Drzemie pieśń we wszystkich rzeczach,
Które marzą wciąż i wciżą,
I świat śpiewać rozpoczyna,
Kiedy znajdziesz słowo klucz.
tłum: Renata Schumann |
Jak Górny Śląsk marzy przed Europą, tak stoją nowe drzemiące i marzące zadania przed artystami.
Takim właśnie jest Dyrda ze swoimi górnikami, z tańczącymi parami w strojach śląskich,
pszczelarzem Dzierżoniem w Kluczborku, Arką Bożka w Raciborzu, z ofiarującym się z Chorzowa nauczycielem Marianem
Batko w obozie zagłady w Oświęcimiu, postaci powstańczych z tej ziemi, czy Jerzym Ziętkiem śląskiego kiedyś
wojewody, czy nawet „Pawła Sitko”, kiedyś zabawiającego mieszkańców na ulicach Starych Tychów, gdy nie
było telewizji, czy wielu, wielu portretów ludzi z tej ziemi, jak też wspaniałego pomnika przywołującego do
pojednania i współpracy wszyskich mieszkańców obecnych, górnośląskich, tej to „żyrafy”.
And last but not least, szczególnie takiego mamy DYRDĘ w nowej wersji Theodora Kalide pomnika
Friedrich Wilhelm von Reden, wraz z Dyrdy być może w przyszłości, z miniaturami tego pomnika, bo tylko on posiada
copy right na jego, ponad trzy metrowy, gipsowy model – czy wogóle już ktoś myślał w tym temacie, po
europejsku, w zbliżającym się milowymi krokami globaliźmie światowym, gdzie trud pracy wielkich ludzi idzie w parze
z rozwojem całego jego otoczenia. Czy wy, tam rządzący tego nie wyczuwacie, nie czujecie jaką macie spełniać rolę
w nowej Europie?
Tak muszą myśleć również nasi „tani” artyści, komercyjnie, by przeżyć w nowej
Europie a tym samym piękość jej pokazywać w naszej domowinie. Imponować w nowym świecie, w Europie, trzeba
wszystkim, artyści mają w tym prym, bo sami piękno mogą powielać, czy lepiej powiedziane - rozpowszechniać.
Niech parkowe rzeźby Dyrdy dalej wnoszą piękno i harmonię, niech Dyrdy „hrabia von
Reden” również udziela spracowanemu ludowi spokój.
Dyrda związany jak Steller z tym terenem, dla którego tworzył, z Kissem i Kalide –
europejskimi sławami neoklasycyzmu w Europie, ze Szramkiem i wieloma innymi – z dziejów tej ziemi, dla której
jak oni, dzisiaj, bez względu na zmiany nurtów artystycznych, na system panujący – kontynuuje dalej, w tym leży
jego siła, nam wszystkim się udzielająca!
W tym leży i siła naszego współczesnego Augusta Dyrdy, i będzie co do opowiadania turystom z EU,
tu w naszej, od setek lat, Europie.
W skromnej oprawie organizacyjnej otrzymał August Dyrda w roku 2002 medal Mater Silesia dla
„Zasłużonych dla Ziemi Pszczyńskiej”, - „für Verdienste um das Plesser Land“ (którego Dyrda
sam modelował), od mieszkańców heimatu Plesskiego z okazji dwusetnej rocznicy urodzin A.Kissa dla kontynuatora
rzemiosła rzeźbiarskiego na tej ziemi. Wygląd i opis medalionu uzyskać można z Berlina pod adresem e-Mail:
http://home.t-online.de/home/Koch.Herms/Amazone/amazone.html#medaille
Również w skromności, dnia 6.9.2002 po odsłonięciu pomika, otrzymał medalion na 250 rocznicę
urodzin Fryderyka Wilhelma Grafa von Reden, jako i za wykonanie jego modelu, wielkiego człowieka tej ziemi, z rąk
prezydenta Miasta Chorzów.