“Volkstrauertag” - „Dzień Żałoby Narodowej”
Trzecia niedziela listopada każdego roku, to dzień żałoby narodowej w Niemczech, oddanie hołdu dla ofiar ostatnich
wojen, szczególnie faszyzmu. Młodzi praktycznie nie wiedzą już co to za dzień i jakie ma znaczenie. W każdym mieście niemieckim
odbywają się żałobne uroczystości. Chór w którym śpiewam, odśpiewuje jedną pieśń żałobną, czyni to też chór kościelny,
orkiestra naszej dzielnicy Baumberg zagrała „Pożegnanie żołnierskiego Kamerada”, ksiądz wygłasza okolicznościowe kazanie
przed tablicą upamiętniającą poległych żołnierzy w czasie 1914-18 i 1939-45. Właściwie na uroczystości uczestniczą tylko ci, którzy
z powinności - odśpiewania, odegrania i kazania muszą wziąć udział. Wiele przy tym rozmyślałem, stojąc w drugim rzędzie chóru męskiego.
Mimo, że prasa (darmowa) wszystkim dostępna ogłaszała termin, program i cel spotkania, zebranych dodatkowych oprócz władz miasta, można
było policzyć na palcach. Ale czy tak nie było i w Katowicach, kiedy na wielkim placu odsłaniano dwa wielkie w brązie pomniki, Polaków
w czynie z lat międzywojennych dla kraju.
Ta pieśń odegrana przez orkiestrę - to ta sama, którą mojemu ojcu przed równo 30-u laty odegrała przyzakładowa
orkiestra „Huty Łaziska” - na cmentarzu w Tychach, na jego uroczystości pogrzebowej. Przedwczesna śmierć - praca w Hucie Łaziska
w laborze, przy azbeście, z zapyleniem najwiekszym w Polsce, w tamtych czasach. Wiesz „Pyjter” co zagrali ojcu, pytali mnie wówczas
i nawet teraz niedawno, zapytano mnie również. Dawniej nie wiedziałem, ojciec śpiewał wiele, ale z repertuaru operetek Lehara, w stylu
Kiepury, czy „Czy wiesz co znaczy róży kwiat”, ale z bojaźni przed sąsiadami, żadnej niemieckiej, żadnych niemieckich słów,
pomyślałem przy pomniku-tablicy niemieckich żołnierzy, niedaleko Duesseldorfu. I pomyśleć, nawet nie podziękowałem orkiestrze, za
odwagę ich czynu w tamtych latach komunizmu w Polsce, na Śląsku. Czynię to dzisiaj, jeżeli jeszcze do kogoś to dotrze. Dziękuję i
przepraszam, bo i w takiej bojaźni się wychowywaliśmy.
Tablica - szybko policzyłem, z tych dwóch wojen zginęło tu nie więcej niż 50-u żołnierzy - dzielnicy Baumberg,
wtedy nie więcej jak 9 tysięcy mieszkańców. Na Wszystkich Świątych 1.11.2002 w moim heimacie na Górnym Śląsku, widziałem tablicę
w przedsionku kościoła pw. Św. Marii Magdaleny też z nazwiskami ofiar faszyzmu i walk bratobójczych 1919-21, miasteczka wtedy też do
10 tysięcy mieszkańców - z wypisanymi ofiarami - samych Górnoślązaków - ponad 300 żołnierzy. Ludzi młodych pod siłą zwerbowanych
do walk na wszystkich frontach Europy, szczególnie froncie wschodnim, jak i na siłę wciągniętych do walk bratobójczych lat międzywojennych.
Pomyślałem, czy kiedykolwiek w moim heimacie, taraz tam nazywanej „małej ojczyzny” - zorganizuje ktoś małą
uroczystość za poległych - ofiar faszyzmu, lub ofiar przymusu. Pomyślałem też: - z „małej ojczyzny” przybysze z Kresów
Wschodnich sobie tych chwil na Górnym Śląsku nie przypominają, prawie nie wiedzą, bo myślami są za ich domowinami koło Lwowa czy
Kielc.
Pomyślałem, śpiewając przed tablicą poległych ofiar faszyzmu - czy tu zebrani wogóle wiedzą, że w górnośląskich,
Tyskich lasach, w Czułowie zginęło 200 żołnierzy z rąk idącej jak wielka nawałnica na Berlin przez Górny Śląsk. Styczeń w 1945
był wyjątkowo mroźny, wycofujące się grupy żołnierzy niemieckich, w tym i oczywiście głównie górnośląskich, widząc bezsens
walki z rękami podniesionymi do góry wychodzili z lasu w kierunku ulicy Katowickiej tuż przy Książęcej Fabryce Papieru w Czułowie.
Nawałnica armistów czerwonych w rauszu już zwycięstwa, nie zważając na konwencje Genewskie, bez zmrużenia oczu wybili w pień, jak by
to było wychodzące na mrozie stado dzików. Nie interesowało ich wzięcie do niewoli 200 wycieńczonych żołnierzy, w tym naszych braci
śląskich, w tym mojego wujka, żołnierza z tych lasów, młodego 24-latka Józefa Niemiec z Wartogłowca, z sąsiedniej wioski, młodego
gimnazjalistę pszczyńskiego, właśnie w październiku 2002 obchodzącego gimnazjum - 235 rocznicy jego powstania.
Poległych żołnierzy pokrył biały śnieg, tego mroźnego miesiąca - miesiąc długi spoczywali zastrzeleni tylko pod
śniegiem.
Do dzisiaj żadnej tablicy upamiętniającej poległych ofiar faszyzmu w bestialski sposób przez zamroczonych i prących
na Zachód radzieckich żołnierzy. 150 tysięcy dzisiaj mieszkańców nie wie nic o zajściach w lasach Tyskich. Jedynie ośmiu Tyszan zamęczonych
w Oświęcimiu, w tym mojego grossonkla, Waldemara N. honorują co roku przed pomnikiem poległych przy ulicy Kościuszki.
Zemsty nie było końca, za parę dni, 25 stycznia, - 20 kilometrów dalej tuż przed Rokitnicą, Zabrzem - Bytomiu - w
Miechowicach, miasteczka o wielkich tradycjach śląskich, z kościołami i cmentarzami poległych 300 niewinnych mieszkańców, dorosłych
i dzieci wraz z garstką żołnierzy niemieckich, w tym i jasne śląskich. Wielka zemsta przy przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej, po
1922 - właśnie na Górnym Śląsku, z poległymi Górnoślązakami! Duża tablica upamiętniająca wskazuje nazwiska poległych, w tym ksiądz
Frenzel, przy kościele św. Krzyża. Jedynie śliczna w bieli marmurowej, Panienka Najświętsza z Dzieciątkiem Jezus pod filarem tegoż
kościoła, od czasów Theodora Kalide na Górnym Śląsku - od 150 laty w anielskim spokoju - uśmiechu, patrzy na umordowany lud śląski.
Ale kto dzisiaj zna losy tych kościołów, kto wie o ks. Bończyku z tych stron, kto wie o wielokulturowości tego
regionu. Dzisiejsza „mała ojczyzna” nie ma pojęcia o losach na tych terenach, bo skąd. Znają oni bestialstwo na ich
rodzinach ze strony Ukraińców na Kresach Wschodnich, ale nie wiedzą co przeżyli nasi w domowinach jak Bończyk lub wielu tu czujących
się jak w heimacie.
Czy w duchu sprawiedliwości, wolności i nowej demokracji - przyjdzie czas oddania hołdu pomarłych Górnoślązaków
na wszystkich frontach świata. - Jak to robią w Niemczech - w każdym mieście, i w Bundestagu z generalnymi uroczystościami żałobnymi.
A nasi z domowiny - po prostu nie przyzwyczajeni od 1945 do ich starej rodzinnej tradycji - zapomnieli uczcić ich
krewnych, przyjaciół poległych. Ciekawie interpretuje i podsyca nas zarazem Eichendorff: